Pozdrowienia ze świata obok

Nocuję dziś z Zuzią w szpitalu, aby nieco odciążyć Nataszę, która jest tu z naszą córeczką od soboty wieczór (tak jest, Święta w szpitalu). To dla mnie dopiero druga taka noc w życiu, jestem więc przejęty i  trochę przestraszony – czy Zuza nie będzie płakać za mamą, czy zdołam ją nakarmić mlekiem z proszku, jak się zachowa, gdy będę musiał wyjść do toalety itp. Natasza przeżyła już takich nocy kilkadziesiąt, opiekując się Zuzią podczas nawracających zakażeń układu moczowego – jest więc już prawdziwą weteranką – i to bez cudzysłowu – bo jest to doświadczenie niemal zawsze traumatyczne. Leczenie polega za każdym razem na co najmniej 10-dniowym podawaniu antybiotyku, najlepiej dożylnie. Wkłuwanie igły w żyłę Zuzi jest zadaniem trudnym: wypróbowane bywają rączki, nóżki, zgięcia łokci, żyły na główce. Panie pielęgniarki zmieniają się, oglądają kończyny Zuzi, kręcą głowami, marszczą brwi, po czym w skupieniu jeżdżą igłą pod skórą w tę i nazad, ale poszukiwana krew to pokazuje się na chwilkę, to znów cofa, żyłki pękają, jeżdżenie igłą nic nie zmienia, a panie pokazują to sobie nawzajem, wyraźnie skrzywione i niezadowolone, po czym próbują tego samego w innym miejscu. Zuza szamocze się, szarpie, wyrywa i płacze w głos – gdyby umiała mówić, powiedziałaby wszystkim, co sądzi o tak głupiej i okrutnej zabawie, a gdyby umiała kląć, zapewne sklęłaby na czym świat stoi panie pielęgniarki i tych zdrajców – rodziców, którzy na to wszystko najwyraźniej pozwalają, a nawet biorą w tym czynny udział, przytrzymując jej ręce, nóżki lub główkę.

Zdarza się, i to dosyć często, że po jednym lub po kilku dniach trzeba taką operację powtórzyć – a to dziecko, poruszając się, wyrwie wenflon, a to wystąpi reakcja alergiczna na igłę, a to żyłka pęknie –  w każdym z tych przypadków  trzeba wkłuwać się ponownie.

Podawanie antybiotyku dożylnie jest skuteczniejsze, nie obciąża też żołądka – rozumiemy to, ale dzisiaj w trakcie trzeciej już wymiany wenflonu w ciągu dwóch dni i po kilku kolejnych nieudanych próbach wkłucia uznaliśmy, że mamy dosyć i poprosiliśmy o przejście na podawanie doustne.

Stres mija po chwili i wydaje się, że zniknął, ale pozostawił po sobie wyczerpanie i łatwą „rozdrażnialność”. Gdzieś tam podskórnie zdaję sobie sprawę, że jest możliwe, że sporą część życia spędzimy z Zuzią w szpitalach – Zuzia ma zespół Downa, a więc dodatkowy nadmiarowy chromosom w każdej komórce swego ciała – co oprócz odmiennego wyglądu, wiotkich mięśni i wolniejszego tempa rozwoju fizycznego i intelektualnego niesie z sobą w pakiecie także podwyższone ryzyko rozmaitych schorzeń.

Dlaczego mnie z Nataszą to spotkało? Dlaczego droga życiowa ludzi wokół nas wydaje się o tyle łatwiejsza? Dlaczego dobry Bóg dotknął czymś takim Zuzę? Dlaczego musi przez to przechodzić? Jaka czeka ją przyszłość? W normalne dni nie myślę o tym wiele – te myśli gryzły mnie mocno na samym początku, gdy w trakcie ciąży dowiedzieliśmy się z Nataszą, że nasza córeczka ma zespół Downa. Tamte ciemne dni i boleśnie szczere rozmowy na szczęście już za nami, za to jest z nami Zuza – miłe, wesołe, ciekawe świata i ludzi dziecko, które rozwija się co prawda wolniej niż rówieśnicy, wymaga regularnej rehabilitacji, ale jednak rozwija się i robi postępy, którymi jako dumni rodzice cieszymy się jak dzieci.

Czasem jednak te pytania i myśli wracają – tak jak dzisiaj, gdy Zuza odpoczywała po stresującym dniu a dziecko w pokoju obok płakało i krzyczało, że to boli, że ono nie chce, że mamo, ale to boli…

Nie mam dobrych odpowiedzi na pytania z serii „dlaczego”. Nie daje mi ich księga Hioba ani inne mądre książki w temacie teodycei. Gdy opadają mnie tego rodzaju pytania i zwątpienia, jako antidotum staram się przypomnieć sobie Jezusa takiego, jak Go poznałem z kart ewangelii i jakiego doświadczyłem w swoim życiu, aby upewnić się, że On jest dobry, był dobry dla mnie, że kocha mnie, że kocha Zuzię.

Co do pytań o przyszłość, to czepiam się rękami i nogami wiary, że skoro Bóg dał Zuzi życie, a nie stało się to przypadkiem (nie wiem, czy wierzycie w nowotestamentowe proroctwa, ale Bóg dał nam przez znajomą wierzącą dziewczynę zapowiedź, że będziemy mieli dziecko), to On też zatroszczy się, żeby życie Zuzy było życiem wartościowym i sensownym. 

Tymczasem jesteśmy jednak z Nataszą jakby zamknięci w tej dziwnej krainie, w tym jakby równoległym wszechświecie, w którym mieszkają obok Was ludzie dotknięci jakimś poważnym nieszczęściem. Jeszcze niedawno żyliśmy w tym samym świecie co Wy – śmialiśmy się, podróżowalismy, mieliśmy mniejsze lub większe zmartwienia, ale żyliśmy pośród Was i byliśmy jednymi z Was. Mogliśmy zrozumieć się nawzajem i jakoś sobie współczuć. Nagle wpadliśmy jakby do króliczej nory i znaleźliśmy się w innej rzeczywistości, zamknięci w niewidzialnej bańce, coś jakby duchy potępione wałęsające się po świecie żywych. Nasze i Wasze drogi rzadko się przecinają, a nawet kiedy próbujemy się z Wami porozumieć, nasze doświadczenia nie dają się przełożyć na język Waszego świata. „Tylko serce zna własną gorycz, a nikt obcy nie podziela jego radości”. To powiedziawszy – ślę jednak te pozdrowienia ze świata obok.

Reklamy

Co tam, pani… – wierszyk

Jak się pani dzisiaj miewasz
co tam pani w duszy śpiewasz?
Co tam ci się śni na jawie
gdy tak patrzysz się ciekawie?
Jaki kryją skarb tajemny
twoich źrenic studnie ciemne?

Może chcesz w dalekie kraje –
gdzieś na Kaukaz czy Hawaje?
może dzieci chcesz gromadkę
albo trafić na okładkę?

albo włochatego Włocha
co by tak namiętnie kochał?
może tylko pachnieć ładnie?
zaszyć się, gdzie nikt nie zgadnie

i tam, w stringach i fufajce
gwiżdżąc, grać na bałałajce?
może walczyć z mieczem w ręku
lub w tłuczonych garnków brzdęku
znaleźć rozkosz i spełnienie?

Może spełniać się uczenie
na Harvardach lub Sorbonach
albo błyszczeć na salonach:
być atletką lub poetką
szansonetką i kokietką?

Może tańczyć chcesz na rurze?
stanąć na najwyższej górze?
w broadwayowskiej śpiewać farsie?
pierwszą z kobiet być na Marsie?

Albo też ci snobizm obcy
i śnią ci się silni chłopcy
co przywdziawszy dres galowy,
namaszczają żelem głowy
by gnać w miasto beemwuchą
z ukochaną swą dziewuchą?

Może chcesz mieć biust Pameli
na twarz botoks i jad pszczeli
talię osy i Kim pupę
złote kible, forsy kupę?

Którą drogę byś wybrała
wiedz, panienko moja mała
piękno, sława prędko mija
zmiennym bywa Włoch kudłaty,
lecz dopóki rytm wybija,
kochać będzie – serce taty.

O Dorotce i smoku – wierszyk

Stary smok i Dorotka w wielkiej są przyjaźni,
dzieląc miłość do sztuki, świata wyobraźni
i poezji. Lecz Dorotka chce, by złe nawyczki
smok porzucił, bo go ludzie biorą na języczki.

Smok się stara, lecz bywa niekiedy uparty.
Rzecze więc doń Dorotka, gdy raz grali w karty:
– Dobre rzeczy o tobie słyszę dookoła –
o porywaniu dziewic już nie słychać zgoła,
ani też o pożarach – lecz skoro mnie lubisz,
czemu wciąż ten ostatni swój nałóg hołubisz?

– Nieładnie, mości smoku, fe! To nie przystoi
zjadać dzielnych młodzieńców, którzy w lśniącej zbroi
z lancą idą ku tobie na przekór strachowi.
– Nieładnie? a to czemu? – Toż młodzieńcy owi

sami pałali ku mnie zamiarem zbrodniczym.
Błagałem by odeszli – zbywali to niczym,
chciwi na mój skarb złoty i na laur zwycięstwa,
oraz na podziw panien co – jak Ty – ich męstwa

dowodem poruszone do stóp im paść miały.
Gdy czcze im tak marzenia czaszki napełniały,
jam czuł jak z podniecenia aż mi ślinka cieknie,
by takiego tam zwabić, skąd już nie ucieknie,

i pozna, kto tu kotem, a kto – mysz chudzinka.
Na samą myśl już o tem znów mi cieknie ślinka!
Po krótkiej i – trza przyznać – dość nierównej walce
czeka mnie mini-uczta, że aż lizać palce!

Na lance, których ostrzem brzuch mój chcieli zmacać,
nadziewam ich – tym rożnem starczy poobracać
nad mym tchnieniem minutkę i już – lada chwila
mam z nich świeży, chrupiący, pyszny szaszłyk z grilla.

Potem ze zbroi lśniącej odzieram ja śmiałka,
by się do sprężystego jego dobrać ciałka.
Jako wy swe krewetki – tak ja tych rycerzy –
nim schrupię, zewnętrznych pozbawiam pancerzy.

Wybacz, droga Dorotko, każdy ma swą piętkę –
Ja, odkąd Cię poznałem, pijam tylko miętkę,
nie klnę już, dziewic nie jem, owiec nie porywam,
postrachem miast i wiosek wcale już nie bywam.

Lecz mężczyzna mieć musi jakiś swój wentylek.
Zjadam tych kilku chłopców – o cóż krzyku tyle?
Soczyści są i miętcy – któż takiej pokusie
oprze się, gdy smakołyk sam do gąb pcha mu się?

Jest to miła okazja – tej nie zaprzepaszczę
lecz owszem, z uprzejmości swą otworzę paszczę.
Potem chętnie ich uczczę mą krokodylą łzą.
Miła moja Dorotko – nie bądź, proszę, zołzą!

Emaus (nie gardź słoikiem)

Życzę wszystkim radości z okazji Święta Zmartwychwstania! A poniżej okolicznościowy wierszyk:

​Dwóch młodzieńców szło wolno raz drogą
Smutna dla nich to była niedziela
Nie pojmują, uwierzyć nie mogą
Śmierć zabrała ich nauczyciela

Pewien człowiek, co przy nich szedł obcy
Zważał pilnie na wszystkie ich słowa
Mówi: “Czemuście tak smętni chłopcy?
I co znaczy ta wasza rozmowa?”

– ”Skąd ty jesteś? z zakątka głuchego?
Że nic nie wiesz, co słychać w stolicy?
Wszak Jezusa, proroka Bożego
Na śmierć nasi wydali zwierzchnicy!”

“Myśmy wiary tej pełni za nim szli,
Że on kraj nasz od wrogów ocali
Ale dziś po tym wszystkim trzy już dni
Jak z łotrami go ukrzyżowali.”

W całym tym zamieszaniu niestety
Zabrał z grobu nam ktoś jego ciało
Przez to zmysły aż tracą kobiety
Powiadając, że z martwych powstało!”

– “O wybaczcie, dostojni panowie
Parę dni teraz byłem zajęty
Bo poranił mnie gwóźdź na budowie
Gdym kładł ojcu pod dom fundamenty

Potem blady leżałem bez siły
Któż tam przyjdzie by donieść nowinę?
Lecz widocznie Bogu jestem miły
Bo znów mogę przełykać swą ślinę”

“Posłuchajcież i wy prowincjusza
Choć ubogi i bez wykształcenia
I prostacza niekiedy wszak dusza
Ma coś możnym do powiedzenia

O wy, głupi i serca gnuśnego
By uwierzyć prorokom na słowo!
Nie opuści Mesjasza Bóg swego –
Po cierpieniach go wzbudzi na nowo!

Więc nie smućcie się, nie moi mili!
Może wkrótce i wy go spotkacie?
Bo nie znacie ni czasu ni chwili
Tylko – czy wy go wtedy poznacie?”

Mit o Ziemi karmicielce 

​Ziemia, będąc w wieku młodszym
mlekiem dzieci swe najsłodszym
zwykła karmić. Z piersi jej, ze szczytów gór
Sponad biustonoszy chmur

Rzeki w dół spływały mlekiem.
Wespół dziki zwierz z człowiekiem
pokarm ten matczyny ssali
i się wzajem braćmi zwali.

Z jednej góry najobfitszy
pokarm – i najznakomitszy –
płynął wartko (dziś w tej stronie
morskich głębin ciemne tonie).

Co sie stało, zaraz powiem:
Płocha, jak to młódka bowiem
Ziemia niezbyt jest ostrożna.
Choć jej mówią: „tak nie można!”

– siostra Wenus i Mars, brat –
nie przyjmuje dobrych rad:
z jednej piersi pokarm ściąga
z innych ściągać się ociąga.

Spływa mlekiem więc pierś wielka –
z pozostałych – ni kropelka.
Biust potworny już wystaje
ponad Alpy, Himalaje,

i wciąż rośnie. Przeciążona
jęczy Ziemia. Pochylona,
gdy już w pionie stać nie zdoła,
jak pijana toczy koła.

Zlany mlekiem balon biały
tak jest w końcu napęczniały,
że od gruntu się odrywa
cicho między gwiazdy wpływa.

Tam po dziś dzień w swej goliźnie
świeci, mleka z niego już nie liźnie
zwierz ni człowiek – te narody
nie zaznają odtąd zgody.

Odtąd wyją do księżyca
wilcy, pomni matczynego cyca,
morza ziemskich łez tęsknoty
chcą doscignąć księżyc złoty

i w ślad za nim ciągną społem
nasz glob ziemski zaś z mozołem
przygarbiony, wokół słońca
toczy kręgi swe bez końca.

Zważcie, matki nieostrożne!
Niech przestrzegą was położne
Przez podobny upór pusty
Można piękne stracić biusty!

Raduj się świecie!

Wszystkim znajomym prawosławnym i wszystkim, którzy w tym terminie obchodzą Święta Bożego Narodzenia serdeczne życzenia radości, pokoju i nadziei od Tego, który nie dzieli ludzi na lepszy i gorszy sort!

Tajemnice, oczi strasnyje, oprych pozbawiony łupu.

„Zaniemówiłem, zamilkłem” – ale, w odróżnieniu od Psalmisty – nie dlatego, żem był pozbawiony szczęścia. Teraz już mogę mówić, ponieważ anioł, który dotąd pętał mi język (a imię jego – Natasza), sam już objawił światu ową tajemnicę, przez długie wieki (prawie 9 miesięcy) milczeniem pokrytą. Na świecie jest Zuza, nasza córeczka! Od wpisu o ojcach i wyjściu z jaja mija prawie rok, a w międzyczasie Ojciec, od którego wszelkie ojcostwo bierze swoje imię, nie zawiódł – udało mi się znaleźć nową pracę (hurra!), nie muszę za tą pracą latać do mglistego, wietrznego i zimnego Liverpoolu (hip hip hurra!), a na dodatek po 12-tu latach małżeństwa sam zostałem ojcem (na ten cud brak odpowiedniego wykrzyknika).

Witaj mi zatem nowy dla mnie świecie kolek, kupek, zaparć, niedosypiania, bujania, odbijania, tulenia, śpiewania niedorzecznych kołysanek, nerwów u rozmaitych lekarzy, walki na przechytrzenie z wyginającą się w Twoich ramionach istotką, której poważne, ciemne oczy wpatrują się w Ciebie z oczekiwaniem, że to właśnie Ty znajdziesz rozwiązanie wszelkich kosmicznych problemów dotykających jej ciała, duszy i ducha. Są to doprawdy oczy „strasnyje i priekrasnyje”, za nic nie chciałoby się zawieść ich zaufania, a i dać się za nie pokroić w potrzebie nie wydaje się zbyt trudne.

Pokolenie moje i Nataszy zasadniczo przechodziło tą ścieżynką ładnych parę lat temu, a ich pociechy to obecnie zblazowane lub zbuntowane nastolatki, jesteśmy więc w ciekawej sytuacji – rad tacierzyńsko-macierzyńskich udzielają nam obywatele, którzy w moich oczach wyglądają, jakby dopiero co sami przestali ssać matczyną pierś lub właśnie ukończyli gimnazjum, zaś bliżsi nam wiekiem starzy wyjadacze rozczulają się patrząc na nas wspominając z nostalgią własne szczenięce lata rodzicielstwa.

Kryzys wieku średniego, który jak pewny siebie oprych już już czaił się za rogiem, by za chwilę przywalić mi znienacka w łeb, został zapewne niemile rozczarowany, gdy autor i scenarzysta mojego życia wprowadził ten niespodziewany zwrot akcji – oto niedoszła ofiara zatrzymuje się nagle dwa kroki przed feralnym skrzyżowaniem, rozgląda się i dostrzega drzwiczki, których minutę wcześniej z pewnością tam nie było, otwiera je i wchodzi do zupełnie nowego dla niej, tętniącego życiem i fascynującego świata.

Z podróży po którym nie omieszkam zdawać Wam relacji :-).